Eksperyment norweski, czyli jednak się da!

Eksperyment norweski – tak postanowiłam nazwać krótkie zadanie jakie przed sobą postawiłam. Chciałam sprawdzić jak się ma rzecz z feedbackiem poza Polską. Jak rekruterzy reagują na kandydatów z doświadczeniem. Słowem, czy da się po ludzku przejść proces aplikacji na stanowisko wyższe od juniorskiego. Tak, żeby nikt nie chrząkał z zaskoczenia, że mam więcej niż 20 lat.

Wybór padł na Norwegię, bo lubię ten kraj. Jestem tam często, mam blisko osoby, które tam pracują. I opowiadają sporo o różnicach między Norwegią, a Polską. Na plus dla tej pierwszej. No, ale postanowiłam sprawdzić sama.

START

W popularnym portalu znalazłam ofertę, której warunki spełniałam, przygotowałam CV i wysłałam aplikację. Eksperyment ruszył. Pierwsza różnica między naszym rynkiem a norweskim jest widoczna już na etapie przeglądania ogłoszeń – zawierają one bowiem bezpośredni kontakt do osoby odpowiedzialnej za cały proces. Z zaproszeniem do kontaktu, dopytywania, zadawania pytań.

Mogę powiedzieć, że mój eksperyment ruszył z kopyta, bo dostałam maila zwrotnego już po dwóch dniach. Zawierał informację, że po sprawdzeniu mojego CV i profilu na Linkedin, przeszłam do kolejnego etapu. Miał nim być video call, ponieważ firma miała biura w Oslo, a ja byłam w Warszawie. Pani rekruterka zaznaczała przy tym, że zanim będziemy sobie blokować czas na rozmowę, ma prośbę o uszczegółowienie mojego doświadczenia.

Bardzo spodobał mi się taki sposób komunikacji, gdzie traktowano mnie jak równego partnera do rozmowy. Jakież to było ożywcze, że rekruter liczy się z tym, że  mogę nie chcieć marnować czasu na nic nie wnoszące rozmowy!

FINAŁ

Ostatecznie do rozmowy nie doszło, ponieważ po uzupełnieniu przeze mnie doświadczenia, uznano, że brak w nim pracy w międzynarodowym środowisku. Dostałam maila z odpowiedzią, że bardzo dziękują mi za udział.

Ale – tu szok i niedowierzanie! – nie była to sucha formułka wklejana do maili jak leci. Była to mini analiza procesu  i mojej pozycji w nim. Co więcej, wskazano, kto został zaproszony do kolejnego etapu (ukryłam te nazwy).

eksperyment

 

Szczerze mówiąc, zatkało mnie! Z takim podejściem nie spotkałam się nigdy w Polsce, a brałam udział w co najmniej kilkunastu rozmowach kwalifikacyjnych w ciągu mojej kariery zawodowej. Po raz pierwszy poczułam się jak podmiot, a nie bezosobowy przedmiot rozważań anonimowych rekruterów.

Czy eksperyment się udał? Tak, bo pokazał mi, że możliwe jest traktowanie kandydata po prostu po ludzku. Mam przy tym też smutną refleksję, że szkoda, że u nas się nie da. HR-owcy chwalą się jak dbają o budowanie pozytywnego wizerunku firmy, jakie benefity oferują, czy w owocowy poniedziałek oprócz jabłek są też pomarańcze. A tu ani wegańskie ciastka, ani stół do bilarda nie pomogą, jeżeli nie stosuje się podstawowej zasady: traktuj kandydata tak, jak sam chciałbyś być traktowany!

 

Masz ciekawe doświadczenia z rekrutacjami w Polsce lub za granicą? Napisz do nas! Chętnie je opiszemy.